Safina: Za garść Dinarów
Przełom roku 2008 i 2009 był także przełomem w karierze Dinary Safiny, która we wtorek w Sydney ograła Agnieszkę Radwańską. Srebrny medal olimpijski, finał Australian Open i awans na drugie miejsce w rankingu WTA pozwoliły Rosjance wyjść z cienia bardziej popularnego, acz chimerycznego brata. Przełomem miała być również nowa odsłona jej oficjalnej witryny.
Tekst Bartosz Chmielewski (www.tenisklub.pl)
Strony internetowe pod względem oprawy graficznej można podzielić na: dzieła sztuki, ładne, lecz bez błysku, przeciętne, brzydkie i takie, którymi można straszyć dzieci. Cóż, dsafina.com plasuje się gdzieś na styku dwóch ostatnich opcji. Niby o gustach się nie dyskutuje, ale…
Zwykła ściema
Feeria barw, jaką zaserwowali nam projektanci, zmusza do myślenia, iż kolory zostały wylosowane podczas gry w marynarza (to by nawet tłumaczyło ten morski w tle). Sytuacji nie poprawiają nawet zdjęcia z sesji fotograficznej zorganizowanej dla kampanii reklamowej WTA, zatytułowanej Looking for a Hero? Pierwsze z nich ostało wtopione w różowy fragment górnej części witryny, dzięki czemu definicja słowa „kicz” nabrała nowego wymiaru. Drugą z fotek tak pieczołowicie „wyfotoszopowano”, iż kobieta na zdjęciu być może kogoś przypomina, ale raczej nie siostrę Marata. Oczywiście w tle musiał się znaleźć także ornament, który zupełnie do niczego nie pasuje.
Gwoździem do trumny tego projektu jest powitanie, napisane prawdopodobnie przez samą Safinę. Cieszy się ona w nim z nowej strony, która swą premierę miała na początku tego roku. Można zadać sobie pytanie, czy Rosjanka w ogóle tę witrynę widziała (jeśli tak, to teraz chyba robi dobrą minę do złej gry). Gdyby to wszystko powstało kilka lat wstecz, pewne rzeczy można by wybaczyć. A tak pozostaje tylko stwierdzenie, że wszystko to strasznie trąci myszką. Wszędzie można znaleźć domorosłych grafików, którzy sprawiliby się nie gorzej niż firma designerska, a i samą zawodniczkę wyszłoby to duuużo taniej.
A to jeszcze nie wszystko! Jeśli przejdziemy na którąkolwiek z podstron, zauważymy, że miejsce „wielu barw” zajął gradient w odcieniach szarości. Być może jest to artystyczne nawiązanie do monotonii dnia codziennego zawodowej tenisistki? Tak czy siak, trzeba uczciwie przyznać, iż w otoczeniu białych i popielatych komórek tabel prezentuje się to nawet nieźle, szczególnie gdy stronę główną opuściliśmy całkiem niedawno.
Podstrona z wynikami: lewa kolumna ciągnie się kilometrami, a prawej po prostu nie ma. Pisanie o tym, że w sekcji z newsami na górze strony wyskakują komunikaty o błędach albo tekst tak mocno przytulił się do obrazków, że nie ma nawet jednego piksela odstępu (co z kolei utrudnia czytanie), byłoby złośliwością. Podobnie jak wspomnienie o fakcie, iż możliwość dodawania komentarzy to zwykła „ściema”, bo nie ma miejsca, w którym można by się w tym celu zarejestrować.
Góra dziesięć
Znalezienie jakichkolwiek pozytywów na oficjalnej stronie najlepszej tenisistki Rosji można postawić sobie za punkt honoru. W poszukiwaniu owych mocnych stron na pewno trafimy do działu z multimediami. Niestety, ponownie szału nie ma, choć i „dramat” to niewłaściwe słowo. Już na samym wstępie czeka nas rozczarowanie: na trzy albumy jeden jest z poprzedniego, dwa z tego roku, a domyślnie wyświetla się ten najstarszy. Na podstronie z listingiem fotki rozłożone są bardzo nierównomiernie, co po raz kolejny budzi skojarzenia z mrocznymi dniami w karierze Picassa: mało praktyczna nawigacja (żebyśmy się dobrze zrozumieli: pomysł był niezły, wykonanie już nie), która zlewa się z polem wyszukiwarki.
Swoją drogą, zastosowanie tego ostatniego elementu jest ciekawym chwytem, szczególnie gdy się zorientujemy, iż cała galeria liczy zaledwie trzy podstrony. Zdecydowanie lepiej wypada za to sekcja wideo. Filmów jest co prawda tyle, co kot napłakał, a i pokazywane są w małym, ubogim w funkcje odtwarzaczu, jednak… Owe pliki wideo są jedynym argumentem za tym, aby www.dsafina.com nie tylko odwiedzić, ale i poświęcić jej kilka minut. Góra dziesięć.
Po tak klasowej tenisistce można oczekiwać przynajmniej solidnej wizytówki w Internecie. Być może nie tak doskonałej jak z pewnością w przypadku Any Ivanović czy Rafaela Nadala – w końcu ich witryny są produktem bardziej marketingowym niż informacyjnym, do tego stworzonym przez sponsora w konkretnym, przeliczalnym na twardą monetę, celu. Z drugiej jednak strony wizerunek zawodnika to w dzisiejszych czasach na tyle ważna kwestia, że warto w nią trochę zainwestować. Niestety w naszej części Europy to zagadnienie jest ciągle bagatelizowane, czego efektem są koszmarki, które wypuszczone w bezkresną sieć pozwalają uzyskać efekty odwrotne od zamierzonych. Oficjalna witryna internetowa Dinary Safiny jest, niestety, doskonałym potwierdzeniem tej tezy.



